biograficzny/kryminał
oryginalny tytuł: Black Mass
rok: 2015
reżyseria: Scott Cooper
scenariusz: Jez Butterworth, Mark Mallouk
James Bulger, pseudonim "Whitey" do 1994 roku stał na czele bostońskiego gangu Winter Hill. Historię tę wyróżnia fakt, że Whitey przyjaźnił się z Johnem Connollym, agentem FBI, przez co przez lata praktycznie bezkarnie prowadził działalność przestępczą. Produkcja oparta jest o książkę Lehra i O’Neilla, która przez 48 tygodni utrzymywała się na liście bestsellerów "New York Timesa" i przedstawia jeden z największych skandali w historii Federalnego Biura Śledczego.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą joel edgerton. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą joel edgerton. Pokaż wszystkie posty
"Wojownik" - recenzja
dramat/sportowy
oryginalny tytuł: Warrior
rok: 2011
reżyseria: Gavin O'Connor
scenariusz: Gavin O'Connor, Anthony Tambakis, Cliff Dorfman
Były żołnierz Tommy (Tom Hardy) powraca w rodzinne strony i odwiedza przez lata niewidzianego, znienawidzonego ojca alkoholika (Nick Nolte). Pełen agresji i żalu chce odnowić kontakt tylko po to by mężczyzna przygotował go do turnieju MMA, które niegdyś trenował. Jego bratu, nauczycielowi Brendanowi (Joel Edgerton) oraz jego rodzinie grozi wyrzucenie z domu. Mężczyzna nie daje rady ze spłatą kredytu. Jego jedyną szansą jest wygrana w turnieju.
Jakbym próbowała być obiektywna to kurcze, to nie jest świetna produkcja. Film jest bardzo amerykański, czytaj momentami ckliwy i naciągany. Mocno naciągany. Oceniłam go bardzo wysoko, pewnie na tyle nie zasłużył, ale zwyczajnie go polubiłam i przez te blisko 2,5 godziny otrzymałam porządny kawał rozrywki. Jak na osobę, która nie ma żadnej wiedzy o sztukach walki i którą ją guzik obchodzą naprawdę bardzo, bardzo emocjonowałam się podczas pojedynków i według mnie były rewelacyjnie pokazane. Nie zasłaniałam oczu, nie nudziłam się - było idealnie. Więcej nie mogę niestety powiedzieć, bo się zwyczajnie nie znam, ale naprawdę dobrze się na to patrzyło. Do tego chłopaki świetnie wyglądali ;) Jak zawsze boski Edgerton, a i Hardy do którego nie mogę się przekonać dał świetny występ. Swoje momenty ma też Nick Nolte. Nieco już zapomniany i mocno zmieniony aktor świetnie sprawdził się w tych bardziej dramatycznych scenach.
oryginalny tytuł: Warrior
rok: 2011
reżyseria: Gavin O'Connor
scenariusz: Gavin O'Connor, Anthony Tambakis, Cliff Dorfman
Były żołnierz Tommy (Tom Hardy) powraca w rodzinne strony i odwiedza przez lata niewidzianego, znienawidzonego ojca alkoholika (Nick Nolte). Pełen agresji i żalu chce odnowić kontakt tylko po to by mężczyzna przygotował go do turnieju MMA, które niegdyś trenował. Jego bratu, nauczycielowi Brendanowi (Joel Edgerton) oraz jego rodzinie grozi wyrzucenie z domu. Mężczyzna nie daje rady ze spłatą kredytu. Jego jedyną szansą jest wygrana w turnieju.
Jakbym próbowała być obiektywna to kurcze, to nie jest świetna produkcja. Film jest bardzo amerykański, czytaj momentami ckliwy i naciągany. Mocno naciągany. Oceniłam go bardzo wysoko, pewnie na tyle nie zasłużył, ale zwyczajnie go polubiłam i przez te blisko 2,5 godziny otrzymałam porządny kawał rozrywki. Jak na osobę, która nie ma żadnej wiedzy o sztukach walki i którą ją guzik obchodzą naprawdę bardzo, bardzo emocjonowałam się podczas pojedynków i według mnie były rewelacyjnie pokazane. Nie zasłaniałam oczu, nie nudziłam się - było idealnie. Więcej nie mogę niestety powiedzieć, bo się zwyczajnie nie znam, ale naprawdę dobrze się na to patrzyło. Do tego chłopaki świetnie wyglądali ;) Jak zawsze boski Edgerton, a i Hardy do którego nie mogę się przekonać dał świetny występ. Swoje momenty ma też Nick Nolte. Nieco już zapomniany i mocno zmieniony aktor świetnie sprawdził się w tych bardziej dramatycznych scenach.
"Wielki Gatsby" - recenzja
oryginalny tytuł: The Great Gatsby
rok: 2013
reżyseria: Baz Luhrmann
scenariusz: Baz Luhrmann, Craig Pearce
Wszędzie piszą
się, że widowisko, że głośny, że blichtr, kolorowy i tak dalej. Pomyślałam,
czemu nie? W końcu kino to też dobra zabawa, o czym ostatnio po wielu cięższych dramatach dosłownie przypomniał mi
„Gangster Squad”. Nie wiem kiedy, ale zauważyłam, że zaczęłam
podchodzić do kina trochę, hmm po prostu poważnie. Oczekiwania na premiery,
tego jak ktoś zagra, czy będzie dobry scenariusz, ocenianie czy zmusił mnie do
myślenia, czy zaciekawił, czy polecać go, czy pokrył się z wyobrażeniami. Kiedyś po prostu spontanicznie szłam ze znajomymi do kina na to co tam akurat grali (wtedy jeszcze nie znałam na pamięć wszystkich premier i nie zdarzało mi się "teraz nie ma nic ciekawego, lepiej poczekać tydzień czy dwa i iść jak będą już grali coś tam". Teraz mam
prawie, że harmonogram tego, które filmy muszę zobaczyć. „Gangster Squad” nie
jest nie wiadomo jak dobrym filmem, ale w jakiś magiczny sposób przywrócił mi tą
świadomość, że kino to też zabawa. W taką grupę produkcji wpisuje się z
pewnością „Wielki Gatsby”, gdyż jest to niewątpliwie wspaniałe i olśniewające widowisko, ale nie myślcie sobie, że nazwę go wydmuszką, bo
absolutnie nią nie jest.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



