Lindsay Lohan – „Twarda sztuka”


dramat/komedia
oryginalny tytuł: Georgia Rule
rok: 2007 
reżyseria: Garry Marshall
scenariusz: Mark Andrus

Oglądając reklamę „Strasznego Filmu 5” przypomniałam sobie o istnieniu Lindsay Lohan. Przejrzałam jej filmografię i okazało się, że widziałam aż 9 produkcji. Pomyślałam, że napiszę o jednym z filmów, o którym chyba nie powinno się chwalić, że się go bardzo lubi, ale coś sprawia, że mam do niego sentyment (nie będzie to „Zakręcony piątek”, ale też przyznam, że darzę go wielką sympatią). „Twarda sztuka” to komediodramat w reżyserii Garry’ego Marshalla („Pretty woman”, „Uciekająca panna młoda”) opowiadający historię jak to się mówi zbuntowanej nastolatki Rachel (Lindsay Lohan), którą nieradząca sobie z nią (i chcąca spędzić trochę czasu ze swoim obrzydliwie bogatym partnerem) matka (Felicity Huffman) postanawia zawieźć na wakacje do babci (Jane Fonda). Dziewczyna musi zacząć pracować i pierwszy raz w życiu podporządkować się komuś.

Nastolatka wyjeżdżająca na wakacje do dziadków była też m.in. w „Grecie”, zbuntowanych dziewczyn było już wiele (chociażby „Piękna i szalona”), Jane Fonda w podobnej, „ostrzejszej” wersji występowała w 2 lata wcześniej nakręconym filmie „Sposób na teściową” (nawet podobieństwo plakatów ogromne). To wszystko jednak mi nie przeszkadza i mimo, że historia nieco oklepana to przypadł mi do gustu. To film, który z założenia nie traktuje się do końca poważnie, wymagania ma się nieco obniżone, więc jeśli chce się go trochę pochwalić to nie wychodzi się od „dlaczego jest dobry”, tylko dlaczego nie jest taki zły. Największym atutem jest obsada. Mimo nagonki na Fondę w związku z problemami w dobrze scenariuszy to jak na tego typu „letni” film obyło się bez wstydu. Mało tego, nie mogę być na nią po tym występie o nic zła (oprócz tego, że połowa 40-letnich kobiet – jak nie młodszych – chciałaby wyglądać jak ona w wieku 70 lat). A na poważnie miała mnie po prostu rozśmieszać i to robiła. Drugą panią, która uświetniła swoją obecnością produkcję jest znana z „Gotowych na wszystko” i „Transamerica” Felicity Huffman. Jednak gwiazdą i osobą, od której nie dało się oderwać wzroku (serio) była Lindsay Lohan.
Pierwsze wrażenie: płytka, banalna komedia. Z czasem okazuje się, że jest ciekawie, że jest przyjemnie i w sumie to miło się ten film ogląda. Później kilka razy uśmiech pojawia się na twarzy. Oczywiście próżno to szukać ironii czy sarkazmu, jednak to, że oglądając go nie wespniemy się na wyżyny intelektualne, ani mimo ciężkich tematów jakich reżyser się podjął nie zostaniemy zmuszeni do refleksji nie oznacza, że film się nie udał. Jednak faktem jest, że Marshall wziął się za bardzo trudne tematy (może aż za dużo tego jak na jednak mający być lekką produkcją film?) - molestowanie dzieci, alkoholizm. Problemy w okazywaniu uczuć i brak porozumienia w rodzinie to przy tym pikuś. Mimo tego wszystkiego i tak jest jednym z najlepszych z filmów w podobnym stylu, które mimo spisania od razu na straty jakoś tam się wybronił, ale nie ma się do nad nim rozwodzić, bo za wiele do opowiedzenia nie ma.
Film został totalnie zmiażdżony i zmieszany z błotem przez krytyków. Mimo, że historia specjalnie nie zaskakuje to ma w sobie coś takiego, że się go miło ogląda, a całość nie wyszła do bólu banalna. Nie czuć, że trwa prawie 2 godziny i przez ani sekundę się nie nudziłam przy żadnym z kilku seansów. No i raczej babski.

4 komentarze:

  1. To prawda podobno nie powinno się przyznawać do lubienia jej filmów, ale wyznam, że miałam kiedyś słabość do "Garbi super bryka". Głupie wiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. E tam całkiem urocze :D Właśnie sobie przypomniałam, że zostałam na to wyciągnięta do kina, ale nic, ale to nic nie pamiętam :)

      Usuń
  2. Krytycy to nigdy nie mają nic ciekawego do powiedzenia i zazwyczaj filmy, które krytykują nie są wcale takie złe. ;D Ostatnio nieustannie słuchałam jednej piosenki i w trakcie, gdy wychwalałam w głowie jej genialność doczytałam, że zdobyła Złotą Malinę. ;D Nie znają się i już!
    Lindsay to jedna z moich ulubionych aktorek. Serio. :) Mam do niej ogromny sentyment, bo gdy byłam mała, to oglądałam filmy z jej udziałem, czytałam o niej w gazetach (ambitna prasa typu ,,Bravo":) i wieszałam plakaty na drzwiach. ;D
    Ten film mam jeszcze przed sobą i chyba obejrzę go szybciej niż myślałam, bo mnie przekonałaś. Lubię tego typu produkcje, bo poprawiają humor itd.
    Też lubię ,,Zakręcony piątek", widziałam jeszcze ,,Wredne dziewczyny", ,,Garbiego...", ale muszę do niego wrócić, bo pamiętam jedynie skrzek Koroniewskiej (kiepski dubbing) i oglądałam ,,Sposób na teściową". Fonda naprawdę dobrze się trzyma. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hahaha nie jestem sam, też uwielbiam Zakręcony piątek! Ubóstwiam wręcz! Niestety do Lindsey tak jakoś no nie mogę się przekonać, za duża skandalistka, ja wolę spokojniejsze osoby :) Pozdrawiam i zapraszam do siebie na recenzję "Imagine", które mamy okazję oglądać w kinach! :) http://filmowe-abecadlo.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń