"Druga Ziemia" - recenzja

dramat/sci-fi
oryginalny tytuł: Another Earth
rok: 2011
reżysera: Mike Cahill
scenariusz: Mike Cahill, Brit Marling

Rhody Williams to świeżo upieczona studentka MIT-u i szczęśliwa młoda kobieta. Popełnia jednak błąd. Wsiada po pijaku za kierownicę. Po 4 latach wychodzi z więzienia i podejmuje się pracy jako sprzątaczka w dawnej szkole. Zaprzyjaźnia się też z mężczyzną, którego rodzinę zabiła w wypadku samochodowym. W tym samym czasie mieszkańcy Ziemi dowiadują się o istnieniu bliźniaczej planety.

To film skromny, poetycki i potwornie powolny. Czasem jest taki lodowaty i jednostajny, że wygląda jak zrobione w najzimniejszym miejscu na świecie zdjęcie, a czasem jak dokument pokazujący szarą codzienność. Surowa muzyka, piękne, krótkie ujęcia otwartych przestrzeni z drugą Ziemią w tle, ciemne, ciasne pomieszczenia albo kręcona z ręki zatroskana twarz głównej bohaterki. I wciąż ta klasyczna muzyka wysuwająca się często na pierwszy plan. To film nieco podobny do uwielbianej przeze mnie "Melancholii", głównie pod względem planety będącej jedną, wielką metaforą. To zdecydowanie nie jest pełne akcji science-fiction do jakiego przyzwyczaiło nas w ostatnich latach kino. To kameralny film psychologiczny zaserwowany w formie przeznaczonej tylko dla wytrwałych, cierpliwych i wnikliwych widzów.

Wątek science-fiction to tylko pretekst do spojrzenia wgłąb nas samych. To tak naprawdę film psychologiczny. No i bardzo przytłaczający. Wszystko jest tu potwornie zimne. Wręcz lodowane. Zdjęcia mają błękitny odcień. Nawet biel jest tu błękitna. Nawet miłość jest tu zimna. Bardziej boli niż cieszy. Ludzie tęsknią i dążą do niemożliwego odkładając własne życie na później. Film ładnie pokazuje, że wielu ludzi snuje o niemożliwym ciągle czując, że to co robi obecnie jest niewystarczająco dobre. Że kiedyś czeka go coś lepszego, że gdzieś się spełni, że obecne życie to tylko jakiś taki dziwny stan i czeka nie wiadomo na co przepuszczając czas przez palce i marnując dar życia jaki otrzymał. Dające takiego kopa produkcje jak najbardziej lubię, a dosłowne pokazanie drugiego życia i drugiej Ziemi uważam z jednej strony za całkiem ciekawy pomysł, a z drugiej ciężko traktować to z powagą.


Dziwię się samej sobie, bo z jednej strony jak pisałam wyżej jest podobny do "Melancholii", którą uwielbiam, a klimat i tonacja są trochę jak w "Do szpiku kości", które jeszcze bardziej uwielbiam, ale nawet jak dla mnie (fanki takich klimatów) był za zimny i za surowy. Po prostu jakoś do mnie nie trafił. Do tego zbyt absurdalny. Obecność drugiej Ziemi mnie bardziej śmieszyła niż intrygowała. Staram się nie używać tego słowa opisując filmy, ale aż ciśnie się na język - ten film jest pretensjonalny. Nawet mnie, czyli wrażliwego widza nie poruszył. Potraktował mnie z wyższością i dystansem. To ciekawe, niezłe kino, ale nie polubiliśmy się. To produkcja tak samo udana jak nieudana, chociaż naprawdę interesująca pozycja. Film wygrał Nagrodę Specjalną oraz Nagrodę Specjalną Jury na Festiwalu w Sundance.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz