Kolejny przystojny adwokat - Matthew McConaughey jako "Prawnik z Lincolna"



dramat/thriller
oryginalny tytuł: The Lincoln Lawyer
rok: 2011
reżyseria: Brad Furman
scenariusz: John Romano

Co boli bardziej od zwyczajnie słabego filmu? Film, który miał potencjał, a został zepsuty. 7,6 na Filmweb i chęć zobaczenia McConaughey'a w innym niż komedia romantyczna filmie sprawiły, że postanowiłam poświęcić 2 godziny na obejrzenie „Prawnika z Lincolna”. Czy było warto? Czas to stracony nie był, jednak film okazał się po części rozczarowaniem.

Akcja niespecjalnie odbiega od tych, które możemy podziwiać oglądając dramaty sądowe. Pewny siebie, błyskotliwy prawnik, który za grubą kopertę wybroni każdego. Kolejnym jego klientem jest Louis Roulet (Ryan Phillippe), z pozoru niewinny i uroczy chłopak z obrzydliwie bogatej rodziny. Gdy Mick Haller (Matthew McConaughey) podejmuje się jego obrony nie zdaje sobie jeszcze sprawy z tego,w jakie bagno wdepnął. No i zaczyna się "pojedynek".

Prawnik, któremu wszyscy jedzą z ręki, wszystkie kobiety go pragną, kasy nie musi przeliczać, wystarczy ze potrząśnie kopertą i już wie ile jest w środku. Pracuje dzień i w nocy, ripostami sypie jak z rękawa, zawsze wymuskany i wygadamy (mimo, że w między czasie konsumuje w niemałych ilościach wysokoprocentowe trunki). Tak właśnie prezentuje nam się Mick Haller. Brzmi trochę zabawnie, prawda? Żeby było jasne McConaughey naprawdę bardzo, bardzo dobrze się spisał. Nie wiem tylko czemu reżyser na każdym kroku (nachalnie) próbuje nam tą jego wspaniałość udowadniać. Bez tego wszystkiego i tak byśmy wiedzieli, że wymiata i jest najlepszym adwokatem w promieniu kilkuset kilometrów. Dobiła mnie scena kiedy za jego autem jadą niczym klucz ptaków Harleyowcy, a Mick z łaską, nonszalancko każe swojemu szoferowi zatrzymać się na uboczu. Podchodzi do niego dwumetrowy odziany w skórę byk i nagle zamienia się w potulnego baranka. Kiedy to Mick trochę po arogancku przyjmuje go w swojej przewoźnej kancelarii mężczyzna oczywiście nie śmie odpysknąć adwokatowi. Z tych przerysowanych scen wspomnę jeszcze o tym ciągłym mierzeniu się ze wszystkimi wzrokiem. Po prostu w kilku miejscach Furman przekroczył odrobinę linię, po której film zaczyna być parodią samego siebie.

Wydaje mi się (chociaż nie jestem w stanie zrozumieć: po co?), że zamysłem reżysera było zrobić film „na luzie”, chwilami wręcz z przymrużonym okiem. Jednak dla mnie to się po prostu nie klei. W jednej scenie napięcie, strach, a w kolejnej żarciki ze wcześniej zaistniałej sytuacji. Strasznie nie podobał mi się „żartobliwy” kierowca, mający być ewidentnie tym komediowym elementem. Czytając w różnych miejscach komentarze widzę, że większości się to podobało, jednak ja czegoś takiego nie kupuję. Wóz albo przewóz.


Jeśli chodzi o wszystkie te pomieszania i zamieszania cała intryga wypada bardzo dobrze. Są zwroty akcji, ale jest przede wszystkim towarzyszące przez większość seansu widzowi napięcie (do ostatnich chwil!). Jednak w porównaniu do „Słabego punkty” mimo, że bardziej złożona w mojej opinii wypada troszkę gorzej, ale jak napisałam, większość widzów będzie przynajmniej bardzo usatysfakcjonowana, bo intryga najzwyczajniej wciąga.
 
No cóż, niby film niezły, świetna główna rola, jest intryga i tak dalej. Z automatu takim filmom daje się często przynajmniej to 7, jednak nie mogę, po prostu nie mogę. „Prawnik z Lincolna” został sknocony. Reżyser miał dobry scenariusz z ciekawą historią i niezłych aktorów, a zapomniał, że trzeba nad tym wszystkim jeszcze jakoś zapanować. Dobra główna rola bohatera (najczęściej przystojnego), który inteligentnie ciśnie wszystkim na około, dużo pracuje, pije i jest podziwiany przez otoczenie połączona z zawiłą intrygą jak się okazuje pozostaje świetną bazą, która na wejściu gwarantuje niezłe noty, ale jak widać nie gwarantuje sukcesu. Ja takiej poluzowanej konwencji nie kupuje.

Mimo schematyczności, trzymał w napięciu. Mimo, że kilka razy podczas seansu czułam zażenowanie, to jednak mieszało się to z podziwem dla dobrej (naprawdę dobrej) gry McConaughey’a. Warto jeszcze wspomnieć słowem o drugoplanowej roli Williama H. Macy’ego, która była przyjemnym urozmaiceniem. Podsumowując: boli, bo mogło być lepiej, niestety ten nonszalancki styl nie przypadł mi do gustu, bo wydaje mi się, że taki film powinien być bardziej serio, ale nadal polecam, bo generalnie dobrze się oglądało (głównie dzięki świetnej głównej roli).

8 komentarzy:

  1. Film rzeczywiście niesatysfakcjonujący ;x W sumie żałuję, że go obejrzałam ; ( Recenzja bardzo dobra i rzeczowa ;> Będę zaglądać na twojego bloga i zapraszam ciebie i twoich czytelników do mnie ;) http://dekretszarejmyszki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak trochę z innej beczki: czytając opis Micka Hallera od razu przychodzi mi na myśl mój kolega z pracy, który jest nabzdyczonym, zepsutym palantem.

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie licząc naciaganych wydarzeń dotyczących faceta, ktorego bronił Matthew - to film mi się całkiem podobał, nie przynudzał i coś się działo. Taki pomiędzy 6 i 7 :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie dokładnie tak miałam, że najpierw niby dałam 7, no bo trzymał w napięciu no i główna rola, a potem jednak myśl "nie no chwilami było tandetnie" i zostało 6 :D

      Usuń
  4. Faktycznie film dosyć nierówny z jednej strony dobra gra aktorska i dobry scenariusz,a z drugiej strony cos poszło nie tak przy realizacji,czegoś brak...zgadzam sie,iż te żarciki są nie na miejscu,nie pasują do ogólnej koncepcji i przez to źle sie ten film ogląda.
    Świetna recenzja, ujęła wszystko to co pomyślałam po seansie a o czym już zdąrzyłam zapomnieć,bo film widziałam jakiś czas temu.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. "Dobiła mnie scena kiedy za jego autem jadą niczym klucz ptaków Harleyowcy, a Mick z łaską, nonszalancko każe swojemu szoferowi zatrzymać się na uboczu. Podchodzi do niego dwumetrowy odziany w skórę byk i nagle zamienia się w potulnego baranka. Kiedy to Mick trochę po arogancku przyjmuje go w swojej przewoźnej kancelarii mężczyzna oczywiście nie śmie odpysknąć adwokatowi. Z tych przerysowanych scen wspomnę jeszcze o tym ciągłym mierzeniu się ze wszystkimi wzrokiem. Po prostu w kilku miejscach Furman przekroczył odrobinę linię, po której film zaczyna być parodią samego siebie."

    proponuję obejrzeć film jeszcze raz, tym razem ze zrozumieniem, lol, wyjaśnienie zachowania prawnika jest kilka scen wcześniej, to co zacytowałem jest również dowodem na twoją nadinterpretację recenzentko
    tak przy okazji, ani jednego słowa na temat muzyki z filmu?

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo fajną kancelarię ma Adam Jeżak (link: accounting in Warsaw), którego śmiało mogę polecić. Niejednokrotnie pomagał mi w zrozumieniu zasad administracyjno-kadrowych, z którymi borykałem się dłuższy czas.

    OdpowiedzUsuń