Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mia wasikowska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mia wasikowska. Pokaż wszystkie posty

10 filmów, których akcja toczy się w latach 70-tych

Control
Jeden z lepszych muzycznych filmów biograficznych opowiadający o brytyjskiej, rockowej (nowa fala) grupie Joy Division. To przede wszystkim genialna kreacja Sama Rileya i klimat czarno-białego Manchesteru. Struktura podobna jak w wielu tego typu produkcji, ale dla mnie wyjątkowy.

"Sobowtór" - recenzja

komedia/dramat
oryginalny tytuł: The Double
rok: 2013
reżyseria: Richard Ayoade
scenariusz: Richard Ayoade, Avi Korine


Simon jest człowiekiem przeciętnym, chociaż to za dużo powiedziane. Jest cieniem człowieka przeciętnego. Mało zaradny, nieśmiały, nieco dziwaczny i zamknięty w sobie. Nagle w pracy pojawia się wyglądający identycznie jak on nowy pracownik James - bezczelny, pewny siebie i towarzyski. Jest on osobą, którą Simon nie śmiałby być, a gdy czasem mu się zdarza to po prostu przeprasza. Przeprasza też gdy nie zrobił nic złego - po prosu przeprasza. Że ktoś musi z nim rozmawiać, że zabiera komuś czas, że żyje. James sięga po to, po co Simon wstydzi się sięgnąć (chociaż w głębi duszy by chciał). Kim jest James? Czy to wymarzone wyobrażenie siebie? A może usprawiedliwienie dla bierności? Nie będę pisać więcej, interpretacje jak widzicie można mnożyć i tu jest cała zabawa. Jednak pomimo swobody w tej sferze film stawia pewne rzeczy bardzo jasno nie dając widzowi wyboru. Odpowiada na pytanie czy jesteśmy tacy za jakich sami się mamy czy tacy jakimi widzą nas inni. Moim zdaniem sprawa jest nieco bardziej złożona, ale do pewnego miejsca "Sobowtór" całkiem trafnie przedstawia swoje argumenty zmuszając do myślenia, bo to film podczas którego się myśli. Dużo się myśli. Można by rzecz, że taki jest wręcz jego cel - żeby widz myślał, a gdzie dobrnie swoimi myślami to już jego sprawa. Ważne by się zastanawiał.

"Mapy Gwiazd" - recenzja

dramat
oryginalny tytuł: Maps to the Stars
rok: 2014
reżyseria: David Cronenberg
scenariusz: Bruce Wagner

Havana nie radzi sobie ani z traumatyczną przeszłością ani z teraźniejszością. Jej aktorska kariera stoi w miejscu, a szansą na wielki filmowy powrót jest zagranie w biograficznej produkcji o jej zmarłej matce. W tym samym czasie do Hollywood przyjeżdża Agatha. Dziewczyna chce obejrzeć domy gwiazd, lecz z czasem okazuje się, że był to tylko pretekst do wizyty w Fabryce Snów.

Cronenberg nie oszczędza Hollywood.  Gwiazdy ćpają, puszczają się i mają nasrane w głowach. Można to oczywiście nazwać inaczej - problemy egzystencjalne, traumy z dzieciństwa i wyzwolenie seksualnie, ale reżyser oczywiście z tej drugiej opcji nie korzysta. Szczególnie skupia się na tej ostatniej kwestii - problemów psychicznych. Wszyscy jak mantrę powtarzają, że jest to satyra. Rzeczywiście film wyśmiewa środowisko filmowe, jeśli jednak nastawicie się na barwną, soczystą parodię możecie się zawieść. Mimo prześmiewczych elementów Cronenberg utrzymuje klimat dramatu, chociaż bardzo dziwnego, oryginalnego i trudnego do opisania. Produkcja bardziej martwi niż bawi. Film przedstawia życie kilku osób mniej lub bardziej związanych z Hollywood. Z czasem okazują się ze sobą na różne sposoby połączeni i oczywiście mocno wpływają na siebie nawzajem. Można jednak wyróżnić dwa wyraźne wątki - świat filmu i obraz nie do końca zdrowej psychicznie rodziny (trudno nie wyczuć paraleli). "Mapy Gwiazd" jednak sprawdzają się lepiej jako trochę leniwa opowieść o życiu Hollywood niż historia pokręconej bardziej niż cały przemysł filmowy rodziny z problemami, na którą patrząc można wysunąć jedynie pesymistyczny wniosek, że z genami nic nie zrobimy.

30 dobrych filmów, o których mogłeś nie słyszeć - część 1

Większość z nich nie jest rewelacyjna - gdyby były pewnie byś je znał. Ale są dobre, a niektóre nawet bardzo dobre. To produkcje, które dostały ode mnie noty od 7/10 do 9/10. Połowa filmów ma na filmwebie kilkaset głosów, więc są praktycznie nieznane, a reszta ma nie więcej niż 1-3 tysiące głosów, także nie są to popularne produkcje. Oto lista 15 porządnych filmów, o której mogłeś nie słyszeć. Druga część postu TUTAJ.

1. Inventing the Abbots
Joaquin Phoenix, Liv Tyler i Jennifer Connelly są główną atrakcją filmu, jednak sama historia też jest niezła - dojrzewanie, pierwsze miłości i tak dalej. Fajne kino.

50 filmów ze szkołą w tle


Nadzieje kina

To okazał się w sumie trudny do napisania post. Nie dość, że musiałam długo wypisywać nazwiska by nikogo o kim chciałabym wspomnieć nie pominąć, to do tego trzeba było zastanowić się nad aktorską przyszłością tych osób. Najbardziej jednak jestem ciekawa waszej opinii i waszych przeczuć kto za kilka lat okaże się na prawdę dobrym aktorem czy aktorką i nie zniknie jak np. Mena Suvari przed którą drzwi stały otworem po pamiętnej roli w "American Beauty" w 1999 roku, a później... No niestety. W niektórych przypadkach problemem była ocena tego kogo można nazwać "nadzieją kina", a kto mimo młodego wieku ma już na tyle bogatą filmografię, że nie nadaje się do tego zestawienia. Przedstawiam dzisiaj baaardzo subiektywnie moje aktorskie nadzieje, czyli osoby, który trochę już pokazały, ale czuję, że to dopiero początek i pokażą nam znacznie więcej. Filmy i nazwiska na niebiesko to linki, zapraszam serdecznie do lektury :)

Najlepsze filmy obejrzane w 2013

Pierwszy raz na blogu pojawia się post, w którym podsumowuję filmowy rok. Starałam się jak najkrócej, ale oczywiście średnio mi wyszło. Żeby było czytelnie po prostu wypisałam najlepsze moim zdaniem filmy dzieląc je na te, które miały premierę w tym roku, zeszłym oraz wcześniej. Zapraszam do postu i czekam na wasze propozycje.













"Albert Nobbs" - recenzja



dramat
rok: 2011
reżyseria: Rodrigo Garcia
scenariusz: Glenn Close, John Banville, Istvan Szabo, Gabriella Prekop

O produkcji „Albert Nobbs” było głośno przez nominację do Oscara dla Glenn Close za rolę pierwszoplanową. W związku z tym, że ostatnio mam wielki apetyt na filmy kręcone w Wielkiej Brytanii lub okolicach, a w obsadzie oprócz wspomnianej Close widnieją takie nazwiska jak Wasikowska i Taylor-Johnson postanowiłam zdecydować się na tą opartą na sztuce produkcję. Wydawało mi się, że jeśli nie powali mnie wychwalana rola to przynajmniej obejrzę coś ciekawego, bo nie na co dzień ogląda się filmy o takiej tematyce. Niestety ani to ani to nie okazało się takie jak liczyłam.

"Jane Eyre" - recenzja

kostiumowy/melodramat
rok: 2011
reżyseria: Cary Fukunaga
scenariusz: Moira Buffini

Jane Eyre była przenoszona na ekran podobno już ponad 20 razy, jednak dla mnie ekranizacja z 2011 roku była pierwszym spotkaniem z historią napisaną przez Charlotte Bronte 166 lat temu. Pewnie część z was myśli sobie „kolejny, podobny film kostiumowy o nieszczęśliwej miłości”. Zdarzyło mi się pewnie użyć, ale tak naprawdę nigdy nie lubiłam tego określenia, tego typu produkcji wcale nie jest aż tak dużo. Aż z ciekawości sprawdziłam i w przeciągu ostatnich 5 lat z tych bardziej znanych (jeśli coś przegapiłam poprawcie mnie) powstała tylko „Księżna”, „Anna Karenina” i właśnie „Jane Eyre”. Generalnie większość akcji takich produkcji ma miejsce na przełomie XVIII i XIX wieku. Tutaj mamy do czynienia z epoką wiktoriańską, co dla niektórych na plus, dla niektórych na minus wyróżnia dzieło Cary Fukunaga. Minimalizm, oszczędność w słowach, chłód i surowość przypadły mi do gustu, skromność ujęła, Mia oczarowała, a o produkcji myślałam jeszcze długo po seansie.